— Nikt, szlachetny młody człowieku.

— To co nam więcej pozostało?

— Nikt nikomu nie dał takiego prawa.

— Ludzie, trzymajcie mnie — Uri zatoczył głową, zaglądając wszystkim w oczy. — Ogniem, żelazem wypalić czarną zarazę! — Kiedy mówił, wielkie mokre zęby wyłaziły mu na wierzch. — Raz na zawsze!

Dziadek blady, jak po wielkim wysiłku, powiedział cicho i z naciskiem:

— Nie ma „raz na zawsze”.

Uri jeszcze bardziej pochylił się przez stół, patrząc dziadkowi prosto w oczy, nie mogąc wydobyć słowa. Naum odpychał go łagodnie.

— Poczekaj — powiedział i zwrócił się do dziadka: — A ja, ja? Nie umieram raz na zawsze?

— Jonasz...

— Pytam, gdzie szukać mam sprawiedliwości, skoro jej tu nie widzę? — Rękę wyrzucił w stronę okna. — Mało? Jeszcze mało? Ciągle mało?