Płaskonosy Nahum parsknął:

— A to dopiero początek — i zuchwale spojrzał w oczy lekarzowi.

Stara Żydówka prosiła, dla swej wnuczki Lusi, o receptę na słodki syrop, o cytryny i coś od kaszlu. Dr Obuchowski zapisał tran. Mężczyzna w żółtym swetrze zatarł ręce i zażądał stanowczo skierowania do szpitala, gdzie mógłby się trochę odżywić i odpocząć, a stary lekarz pokiwał ze zrozumieniem głową i wbił mu pełną strzykawkę wody destylowanej, po której pacjent dłuższy czas rozcierał sobie bolesne nakłucie.

Inni stali w milczeniu, cierpliwie śledząc zwinne, energiczne ruchy dr Obuchowskiego.

— A moja zapłata po wojnie? Co za los! Natanielu, mniej znaczę na tym świecie od ostatniego grabarza, który nie wykopie nawet dołu za darmo! Słyszysz mnie?

Natan Lerch wsparty bezsilnie o ścianę, wpółsiedząc na łóżku, ściskał kurczowo buteleczkę z pigułkami i nie spuszczał z niej szklistego, nieruchomego spojrzenia. Po chwili namysłu wepchnął lekarstwo głęboko pod poduszkę; co i raz wyjmował, oglądał z troską. Patrzył wahająco na Estusię. Pytał szeptem:

— Tu nie zginie?

Pokręciła głową, że nie.

— Podziękowanie... Następny! — donośnie wołał dr Obuchowski. A charłacy cisnęli się zewsząd, uśmiechnięci ufnie i głupawo.

Mężczyzna w żółtym swetrze przepychał się znów do lekarza, wymachiwał rękami, a na palcach miał pierścionki.