— Umrę!

Fajwel Szafran ocknął się, uniósł głowę zwieszoną na spuchniętym brzuchu i grubym, głuchym głosem powiedział:

— Jeden umiera stojąc, drugi umiera leżąc. Jedząc nie umiera nikt.

Charłacy odpychali natręta, syczeli. Płaskonosy Nahum rzucił mu w twarz:

— Daj mi przylepkę, a przeżyję cały dzień!

Odezwały się ze wszystkich stron wściekłe okrzyki:

— Daj mu! Daj mu!

Płaskonosy Nahum stanął w drzwiach i długo wyglądał na schody. Zza jego ramienia patrzył Szulim. Schodami w dół szła Małka, sucha, sztywno wyprostowana, w długiej sukni na fioletowym spodzie, który prześwitywał przez brudny tiul, z wyleniałym rudym liskiem okręconym na pudrowanej szyi. Zmrużyła chytrze oczy i ostrym, zakrzywionym paznokciem pogrzebała w powietrzu, jak haczykiem.

Krygując się mówiła:

— Caban, zawołaj do mnie doktorka.