— A bo co! — Ernest zadarł głowę. — Nie podoba się może?
Elijahu potrząsnął kluczem francuskim. Ernest kombinerkami. Dawid zaszedł starego Żyda z tyłu.
— Masz — wołał Ernest — przyjrzyj się, dziadu — i pchał mu pod nos stalowe kombinerki. Elijahu machnął na Dawida. Dawid podniósł mały kamyk i tym kamykiem lekko trącił starego między łopatki.
— Bandyci! Mordują! — na wszystkie strony krzyczał stary Żyd. — Bandyci!
I w nogi. Ernest za nim; już łapał starego za chałat.
— Wracaj.
Ernest podstawił staremu nogę i ten runął z głośnym wrzaskiem na ziemię.
— Ernest, wracaj!
Szamotał się ze starym, krążył, brzęczał walecznie jak osa; z tej odległości już nie słychać było słów. Widzieli, jak brodaty cień machnął na oślep pod słońce kijem, jak Ernest chwycił ten kij i jak później u dwóch końców kija krążyli obydwaj dookoła siebie. Stary Żyd puścił laskę z przeraźliwym lamentem, Ernest upadł, a on biegł ociężale w kierunku bramy, wołając na pomoc tragarzy.
— Erneeeest!