Dawid wciśnięty w kąt między skrzynią i drzwiami za każdym uderzeniem obsuwał się na ziemię. Głowa boleśnie stukała o krawędź kufra. Słyszał słowa ojca, kiedy bił go bez znużenia, z zaciekłością.
— Miałeś za swoje? Miałeś już za swoje, to ja ci jeszcze trochę dołożę.
Osuwał się po ścianie, klęczał przed nim. Szarpnięty za kołnierz, postawiony na równe nogi i bity dalej, słyszał słowa matki:
— Wyrodne szczenię. — A potem ojca: — Ja ci dam interes. Ja ci dam złoty interes.
Szamotał się, ale nie uciekał. Zacisnął zęby i nie krzyknął nawet. Osłabł; cały dzień minął i nic w ustach od rana. Leżał cicho pod ścianą, tam gdzie upadł w kącie między skrzynią i drzwiami, przymykał oczy i słuchał tego, co mówią. Tak jakby o kim innym mówili. Za kogo modlił się stary Żyd na Okopach?
— Żeby mi tego więcej nie było!
Słabi, wycieńczeni, chudzi, jak bezsenne mary krążyli pośród ścian. Pochylali nad nim zżółkłe twarze, potrząsali pięściami. Fukali z lękiem, złością i odrazą.
Leżał z przymkniętymi oczami, a chłód wilgotnej plamy na ścianie, o którą miał oparte plecy, przejmował go rześkim dreszczem i łagodził ból; lekki i pusty, usłyszał słowa ojca.
— Chcesz tyfus do domu przywlec?
Za kogo modlił się na Okopach stary Żyd klęcząc o świcie nad otwartym dołem? Chce tyfus przywlec. Lekki i pusty, poczuł swędzenie w gardle, bliski śmiechu. „Die Krankheit tritt verheerend auf, Oswald. — Jawohl, je eher, je lieber.” Donośne, rozradowane głosy Niemców zagłuszyły słowa ojca, zgiełk biegnących tragarzy, którzy nadciągali ze wszystkich stron i... „I?” Uparcie powtarzał wspólnik Fajnera, a brzytwa z szelestem, ostro sunęła po skórze.