— Podawaj, Maniuś, podawaj, podawaj!
W ciszy nieprzebudzonego miasta krzyk ten zrywał go na nogi. Ukradkiem podchodził do okna. Pierwsze tramwaje jechały ulicami, wyłaniając się z mgły, jak majaki innego, niepojętego świata, a ich wysoki wizg ginął na zakręcie, gdzieś w głuchej pustce Hal. Biły, biły dzwony u Św. Karola. Widział po tamtej stronie twarze, bielały niewyraźnie, wynurzały się z nocy, która pierzchła.
Z oczami zwróconymi na mur w budowie, ojciec zanosił poranne modlitwy.
Tutaj — u zbiegu Żelaznej i Krochmalnej — ściana-granica wyrastała pod samymi oknami kamienic. Od rana do zmierzchu rozlegał się krzyk murarzy i wzbierał szum wody z hydrantu, otwartego pod bokiem, na jezdni. Na dwie zmiany, żwawo popiskiwały przetaczane taczki, niosło się mokre klaskanie kielni i ciśniętej na cegły zaprawy. Murowali mur. Sięgał kolan, potem ramion murarzy. Mierzyli, układali cegły, szli dalej. Kiedy dwukrotnie przewyższał już wzrost człowieka, wówczas zbroili szczyt muru tłuczonym szkłem butelkowym, gęsto rzuconym na wilgotny cement. Mróz brał, zaprawa tężała w szafliku i murarze popędzali chłopców podręcznych zacierając ręce z chłodu.
— Podawaj, Maniuś, podawaj!
Głosy żandarmów przecięły już strzeżony wylot ulicy. W filcowych, grubych butach trzymali straż u zbiegu Żelaznej i Chłodnej, przytupując, krążąc dla rozgrzewki, rozmawiając leniwie godzinami. Kiedy repetowali karabiny, przechodnie chowali się w bramie.
Nadeszły szare, ciemne dni. A Dawid w ciągu tych pierwszych tygodni za murem błądził bezradnie i w popłochu, z osłupieniem oglądając się za siebie, nie mając odwagi domyślić się jutra. Co znaczy przystosowanie? Jeszcze nie wiadomo. Wujek Szmuel zajął się handlem i powiada, że trzeba się przystosować. Elijahu powtarza ze złością, że słabi muszą ustąpić miejsca silnym, a sam wygląda jak zmora, snuje się wynędzniały, kaszle i idąc, żałośnie szura zawiniętą podeszwą. Elijahu już za bardzo się mądrzy, a Ernest nie zmienił się nic a nic, tylko Zyga przeszedł mutację i nie wiadomo kiedy zaczął mówić grubym, męskim głosem. Listopad mroźny i wietrzny strącił z ruin na ziemię ostatnie luźne cegły, wywiał z serca otuchę. Gruz z szumem sypał się na ulicę. Między życiem, jakie wiedli dotąd na Srebrnej, a obecnym wygnaniem na Krochmalną nie było jeszcze ciągle tak dużej różnicy i temu zawdzięczali trochę odporności, sił do przetrwania; Dawid patrzył na ojca innym wzrokiem i powoli zaczynał rozumieć, że niedostatek, w jakim zaprawiły się całe pokolenia, teraz zapalał jego oczy jakąś straszną gorączką i zaciętością. Matka po przeprowadzce raz po raz wybuchała strasznym szlochem.
— Żywcem zamurowani!
Ojciec z gniewem wykrzykiwał coś uparcie, całymi dniami. Biadał, skarżył się czy groził? W rozdrażnieniu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, krążył od ściany do ściany. Wznosił pięści i opuszczał, potem modlił się długo. Dawid słuchał tego, czując lęk i wstyd. W tym czasie nikt do nich tutaj na Krochmalną nie zaglądał i krótkie, puste dni dłużyły się w oczekiwaniu na skąpy posiłek, porę, kiedy pozwalali sobie przed snem na ten zbytek i rozniecali marny ogień pod blachą. Szczędząc opału, szybko grzali wodę i wrzątkiem zapijali gliniasty kartkowy chleb, wypiekany z obfitą domieszką otrąb i mielonych kasztanów. Była jeszcze marmelada, o której zgodnie mówiono, że jest chytrą mieszaniną przecieru buraczanego z pastewnymi wysłodkami. Sacharyny, namiastek zwanych herbatą wówczas nie kupowali, ponieważ ojciec zapałał świętym gniewem do tego fabrykowanego oszustwa. Uznał, że kłamstwa dla ducha mają większą moc niż te, którymi oszukiwano ciało. Matka zamykała z niechęcią oczy i całe dnie trwała bez ruchu, twarzą do ściany. Pocieszał ją, jak mógł. A pociecha leżała na ulicy. Plotki, ślepe i kalekie płody nadziei roznoszone przez żebraków, dzikie pogłoski co dzień obiegające miasto, które sam z politowaniem odpychał od siebie, teraz puszczał w ruch. To było najtańsze lekarstwo.
Potem dopiero okazało się, że matka w apatii zachowała skrycie i nie roztrwoniła resztek energii, którą wkrótce tak hojnie ich obdzieliła. Narzekała, stękała, po połknięciu odrobiny pokarmu oblewała się potem, a oni patrzyli bezradnie, jak traci siły od bezustannego leżenia. Ojciec mówił do niej jak do małego dziecka i ukrywał gazety. Pewnego razu wyszedł bez słowa, przekradł się za mur i wrócił późnym wieczorem — z pustymi rękami. Miał śliwkę na oku, rozcięte czoło i w ogóle wyglądał tak, jakby leżał w błocie. Zrzucił mokre, uwalane ubranie i natychmiast zasnął. Matka wołała, że tego nie przetrzyma. Ale wstała po raz pierwszy od długiego czasu i zaczęła się niedołężnie krzątać.