— Że co?
— Ordynus, przy dzieciach takie rzeczy mówić.
— Spokój tam, parchy. Bez rozmów, bez krzyków.
— Szanowna pani, zaręczam szanownej pani, że to jest publiczne miejsce, a w publicznym miejscu powinna szanowna pani wiedzieć, że wolno jest mówić, co się komu żywnie podoba. O!
— Niech mi pan głowy nie zawraca! W takiej chwili.
— O żeż ty, damulko z Pociejowa, bo jak gwizdnę w kapelusz.
— Słyszałeś, Karol?
— Panie posterunkowy, proszę usunąć tę... tę bandę. W takim towarzystwie ja nie myślę podróżować. Jestem urzędnikiem państwowym na emeryturze, papiery mam w porządku i w razie czego potrafię znaleźć sobie świadków.
— Niech pan wobec tego złoży pisemne zażalenie. Podanie, metryka, dokładny życiorys i znaczków stemplowych za trzy pięćdziesiąt.
— Skandal, żeby policjant państwowy tak się wyrażał na służbie do obywatela.