— A co ja mogę? Ja nic nie mogę!
— Niech pan je stamtąd ściągnie.
— Żydzie, puknij się w głowę. Nie mam czasu. Mnie kazali stać na tym rogu i pilnować. Macie iść środkiem, nie szwendać się, nie uciekać do bram i trafić na plac przeładunkowy. Zrozumiano? O! Proszę raz na zawsze zapamiętać, nazywam się Alojzy Mycka, policjant państwowy bez rangi. Płaczę nad wami i nad sobą i nie mam z tym nic wspólnego.
— Aron!
— Nie puszczaj łebków. Przejdziemy najpierw Chłodną. Tam chociaż mają się gdzie kryć.
— Kto mówi, że ja puszczam? Ja tylko biorę forsę! Hans prowadzi do sieni i tam ich wykańcza.
— Żołnierzyku, pomocy! Każą mi na stare lata wlec się nie wiadomo gdzie. A ja mam osiemdziesiąt lat na karku i ani roku mniej.
— Szybciej, ludzie. Droga jest długa i my nie mamy czasu.
Sturmbannführer Höfle skończył przemówienie, wsiadł do samochodu i odjechał, a w wąwóz ulicy runął tłum i szedł — i szedł bez końca od dziewiątej rano do późnej nocy. Po południu wśród ścian wyludnionych kamienic rozległ się niesamowity śmiech policji.
— Draka, panowie! Krwaworączka prowadzi chałaciarzy z Ciepłej. Zaraz będzie uroczyste nabożeństwo.