— Kto tam płacze, to ty, Różyczko? Nie trzeba, nie.
— Który tam znów? Z czym, z czym! Wracaj do szeregu, ale już! Choćbyś miał nawet szlachecki rodowód do trzeciego pokolenia wstecz z mitrą książęcą i z pięcioma pałkami w herbie i prababkę czystej krwi aryjskiej!
— Samek, weź ode mnie dziecko na chwilę. Ja rąk wcale nie czuję.
— Gdzie się pchasz, nie widzisz? Bo cię poślę na łono Abrahama po przaśne placki i owsiane piwo. Stać, stać! Powariowali ze strachu. Obstaw róg i uważaj na bramę. Szybko!
— Auf die Seite, weg, weg! Rechts halten, rechts halten318.
— Nie zawracajcie mi głowy, dzisiaj sobota, a w sobotę ja żadnej łapówki nie wezmę. Taką mam zasadę. Wykluczone, szlus! A kolekcja motyli u mnie taka, że dwie walizki pękają, a trzecia się nie domyka.
— Szmulek, wyciągnij termos z plecaka. Mała kaprysi i musi się napić herbatki.
— Schnell, Leute319. Prenko, prenko. Dhoga jez duga i mi ne mami czas.
— Co, jeszcze tutaj? Ile razy mówiłem, że masz zjeżdżać na tamten chodnik, łachudro. Już, już, nie oglądaj się za siebie.
— Panie posterunkowy, tam. Na trzecim piętrze, tam, tam. Dziecko siedzi w otwartym oknie, samiuteńkie, nogi spuściło z parapetu i zaraz zleci. Niech pan coś poradzi, złociutki.