— Już można. Po strachu. Z wielkiej chmury mały deszczyk. Byle chuda żydowska koza nie mogła szczypnąć sobie trawki. Tak, nikogo nie capnęli, tylko tragarze coś mówią, że jakiś niewinny łepek oberwał w czapę, kiedy akurat szedł przez wachę. Z przepustką!

Przestawił miotłę wspartą o ścianę. Zresztą nie zawadzała mu w rozmowie. Z troską śledził skrzyżowanie, które na powrót ożywiło się ruchem spieszących przechodniów. Rojzełe stanęła przy nim i szarpnęła za spodnie.

— Tate, daj troszkę karbidu. Jankiel czeka.

— Z przepustką! Nie mógł sobie wybrać innej pory? Oj, ludzie, kiedy oni zmądrzeją... Rojzełe, powiedz mu, już idę... Fremde, podobno w gazecie stało, że mamy się rachu-ciachu pakować i jechać na Madagaskar.

— Co takiego? — Matka była wyraźnie niezadowolona. — Znowu przeprowadzka?

— Już się zaczyna — wołał ojciec i zamykał okno. — Madagaskar, Madagaskar, powariowali wszyscy czy co? Już nie można tego słuchać! Potąd mam — i palcem przeciągał po szyi.

— Tee, inteligencja w kuble moczona. Porozmawiać po ludzku z człowiekiem nawet nie może. Tfu!

— Na Madagaskar, a kiedy? Czy to całkiem pewne?

Jankiel Zajączek wybiegł z suteryny i stanął przy stróżu, wpinając igłę w kołnierz fartucha. Z ulicy dobiegał głos Chaskiela:

— Rojzełe, Surełe, a sio!