Getto podziałało na Dawida przygniatająco — zgiełkiem, chaosem, bezładnym ruchem wśród krętych i ciasnych zaułków; krążył wokół placu Grzybowskiego, wzdłuż Ciepłej, Ceglanej, Prostej i na Walicowie, unikając dróg kończących się nagle u strzeżonych wylotów ulic. Ale gdziekolwiek się obrócił, tam wyrastał przed nim mur. Hełmy strażników trzęsły się w szybkim biegu. Trącony w popłochu dzwon odzywał się o niespodziewanej porze i zdradzał uciekinierów. To na placu Grzybowskim, niedaleko wachy, wznosiła się po dawnemu kaplica dla przechrztów i tutaj, w głębi nawy i na chórze, kryli się szmuglerzy ścigani przez żandarmów. Niemcy strzelali na oślep, seriami, prosto w okienka dzwonnicy i stada dzikich gołębi unosiły się stamtąd w powietrze. Niebo było jasne, a biała chmura tkwiła w miejscu, nieporuszona, kiedy suchy trzepot skrzydeł już przebrzmiał w uszach. Idąc wąskim, ciasnym tunelem obmurowanej uliczki wydostał się na otwartą przestrzeń placu Żelaznej Bramy i ujrzał czuby starych drzew w Ogrodzie Saskim, jak widok z innego świata. Przystawał tu często, bez żadnego celu. Wracając do domu mijał wózki pchane przez szkielety, po dwa w zaprzęgu, z wyszczerzonymi zębami — w kierunku Hal, gdzie wśród poufałych targów z policją i Niemcami dokonywał się za okupem codzienny przeładunek towarów bławatnych i skór na furgony konne, które opuszczały o zmierzchu dzielnicę, a kupcy ukryci w bramach odprowadzali je z daleka uważnym spojrzeniem. Na kwadrans przed wybiciem godziny policyjnej miasto leżało martwe i ciemne.

Potem, nabrawszy odwagi, stanął pewnego dnia na drewnianym moście. Ujrzał omnibus konny, żółto-niebieskie pudło na kołach przypominające wóz cyrkowy, nowy środek lokomocji w tej części miasta; żebraka, który tam w dole, zawsze w tym samym miejscu, z lamentem rzucał się pod rikszę, gwałtem wyłudzając jałmużnę od rozpartego na siedzeniu pasażera. Patrząc z wysoka, cierpiał, a serce ściśnięte miał zdumieniem i goryczą. Stąd śledzić mógł swobodnie ruch aryjskich tramwajów sunących Chłodną i Wolską poza obrębem getta. Wszędzie w pobliżu posterunków krążyły szajki przemytników, tragarzy, kupców lub zwyczajnie zabiedzonych, wycieńczonych wyrostków, oczekujących, kiedy trafi się okazja, aby przebiec bezkarnie za mur i zakupić żywność albo sprzedać — krążącym za linią wart paskarzom — choćby koszulę ściągniętą z pleców, która tutaj nie przedstawiała dla nikogo wartości kromki chleba.

Brzękiem żeliwnego garnka, przesuwanego z irytacją na blasze, witała matka dzień.

— Na, masz — mówiła. — Jedz! Zatkaj kałdun i idź do tych przechrztów na Sienną. Jak długo mecenas Czerniatyński ma wołać szanownego majstra do kanapy? Wołać, prosić. Tym staniem w oknie chleba nie wymodlisz u nikogo, Jakow.

— Czerniatyński! Mecenas. Też coś. Czerniatyński wrócił na stare podwórko i znów nazywa się Szwarc.

— Niech mu będzie. Ale ja nie o tym mówię. Tylko że tobie się nie spieszy do roboty.

— O wa, robota. Ja mam powlec starą podartą kanapę za dwa zgniłe głąby brukwi, które spadły przechrzcie ze stołu, a ona mi w oczy mówi, że to się nazywa robota.

— Pop swoje, chłop swoje.

Nożem skrobała dno garnka, ze złością obracając naczynie w dłoniach, usuwając spaleniznę.

— Robota tyle warta, co zadowolenie z roboty.