— Ecie-pecie. Słyszę to stale, już mi uszami wyłazi.

Ojciec przysunął się chciwie do brukwi i wdrobił kawałek zeschniętego chleba, a potem zamieszał łyżką.

— A tak. Jak z rąk wypuścisz coś gotowego, masz na chleb, masz na zupę, masz na piątkowego śledzia. Wtedy — siorbnął — warto się pomodlić, żeby znów nie zabrakło roboty do samego piątku. A jeśli Żyd raz w tygodniu śledzia na swoim stole nie widzi?

Mówił do matki, ale patrzył prosto w oczy Dawidowi.

— Znowu. On mnie zagaduje jak złodziej stróża.

— Ja w tym domu już uchodzę za złodzieja?

Uderzył się zwiniętą dłonią w piersi z całej siły.

— Ja!

A potem spuścił z tonu:

— Ja?