— Jakow, Jakow, tym wiecznym staniem w oknie chleba nie wymodlisz. Rzuć tałes, zamknij Torę. Od kiedy taki Lewita z ciebie? Nie wiesz czasem? To ci powiem. Straciłeś smykałkę do roboty. A ja nie brałam sobie za męża rabina, tylko tapicera i niech mnie ukatrupią tu, w tym miejscu, gdzie stoję, jeżeli kiedykolwiek pragnęłam czegoś więcej!
— Aś!
— Pomieszanie z poplątaniem. Po co mi to? Nie wiesz czasem? Koniec świata, głód zagląda przez okno do każdego domu, a mężczyźni ze strachu zamienili się w kapłanów. Modlą się. Modlą się i śpiewają psalmy.
— Aś!
— Wyjrzyj na ulicę i zobacz, że to zajęcie dla żebraków. Modlą się ci, co nie mogą inaczej zarobić na kawałek chleba. Wszyscy inni pracują albo kradną. Albo kradną i pracują. Amen. Takie czasy, a Pana Boga zostaw, nie szarp za kapotę, bo i tak założył ręce. Nie śni mu się nawet mieszać do tego całego bałaganu. Jakow, ty się doczekasz, że zostanę goła i bosa. I ty, i on. Wszy uciekną nam z grzbietu razem z koszulą.
A na to ojciec już nie mówił nic; w pośpiechu przełykał ostatnie kęsy zimnej brukwi i otrząsał się. Brukiew była mdląca, słodka, przemarznięta i zakrzepła w garnku poprzedniego dnia. Wyszli na ulicę czując tę brukiew w brzuchu, jak połknięty kamień.
— Dawid, wróć. Opaska!
Rozłożył szeroko ręce i białe płócienko frunęło z okna i upadło na stragan. W niedużych pryzmach leżał tam opał, połupane szczapki drzewa, odrobina węgla, garść koksu, a na boku, osłonięte brezentem przed wilgocią, okruchy szarosinego karbidu, którym oświetlano domy. Głos Buby-przekupki, strzegącej, by ogień nie wygasł na Krochmalnej i na Walicowie, miarowo basował urywanym lamentom żebraków.
— Do drzewa, do koksu! Do karbidu, tylko u mnie. Do drzewa, do koksu.
Ujrzał wszystko razem, opaskę, swoje wyciągnięte ręce, przekupkę za straganem, rzucającą się ku niemu z krzykiem. Biegnąc za ojcem, który niknął na zakręcie, uśmiechał się pobłażliwie. „Do karbidu... Ludzie, brońcie mnie! Złodziej, złodziej!” No, tego tylko brakowało. Kto skradł ogień? A kto ofiarował ludziom światło? Było to w dawnych, dawnych czasach i nagi człowiek tańczył z radości przed roznieconym stosem. Ogień skradł Prometeusz, bo tak powiedział prof Baum. Lampę naftową wymyślił Łukasiewicz, żarówkę elektryczną Edison, ale kto ważniejszy? Gdyby Buba-przekupka zwinęła stragan, nikt tutaj nie miałby na czym ugotować obiadu.