— Boże święty, ludzie, nie wiecie, za co ten Niemiec tak bije?
— Żyd czapki nie zdjął.
Plama żywej krwi ciekła po brudnej ścianie. Przed patrolem Niemców stał niemowa i bełkotał bezradnie ze strasznym pytaniem w oczach. Krew ciekła mu z ucha na twarz i za koszulę. Pchnięty, zatoczył się na mur i niedołężnie wysunął przed siebie rękę, a żandarm zaczął bić tę rękę, jakby żyła oddzielnym istnieniem. Granatowy wyjaśnił coś Niemcom z uśmieszkiem i karzące ramię sprawiedliwości zawisło niezdecydowanie w powietrzu. Otoczyli go ciasnym kołem, przyglądali się ciekawie. Nagle, wśród rozradowanych okrzyków, zaczęli go szarpać, popychać, aż przewrócili niemowę jednym kopnięciem, a on czołgał się koło ich nóg, wił, uchylał od uderzeń kurczowymi skrętami ciała. Kiedy rozstąpili się, leżał na ziemi i stękał cicho. „Weg, Schwein67!” A wtedy posłusznie wstał i kulejąc, z ulgą pobiegł do tłumu zatrzymanych przed wachą, ocierając z twarzy krew, pot. Ktoś z ukrytych w bramie powiedział cicho:
— Miał szczęście. To mogło gorzej się dla niego skończyć.
Tam, przed wachą, był cyrk pod gołym niebem, czynny cały dzień. Arena otwarta pośrodku miasta, gdzie schwytani przechodnie odbywali kary, zgodnie z fantazją zmieniających się wart. Starcy w czarnych chałatach raczkowali po śniegu i błocie, a wypięte zadki obdzielał kopniakami ochoczy, młody strażnik. Z anielsko cierpliwym uśmiechem na twarzy, trzymając w pogotowiu broń, obchodził uważnie szeregi, bił, uczył porządku i poprawiał błędy. Pokracznymi, żabimi susami uciekali przed nim, sapiąc. Padali w błoto i zastygali z rozrzuconymi nogami. Inni na rozkaz zawodzili psalmy i słowa modlitwy niosły się ulicą. Składali trzęsące się palce i wyciągali w górę, wznosząc oczy ku niebu, mrużąc je lękliwie, kiedy ręka żandarma targała kosmyk brody. Wzbudzało to uznanie i wybuchy szalonego śmiechu zatrzymujących się na ten widok patroli.
Krwaworączka stał z boku i wskazując młodego strażnika wołał do nich raźno:
— Kraft durch Freude68!
— Jawohl69.
Jarmułki leżały w błocie. Żydzi leżeli w błocie, a jakiś chłopak nakłoniony energicznie przez strażnika usiłował bez skutku stanąć na rękach. Padał, obrywał po twarzy za niedołęstwo i znów fikał nogami w powietrzu. A tymczasem starcy czołgali się po mokrych kamieniach wzdłuż rynsztoka, zrzuciwszy na komendę okrycia i buty; w obawie przed kopniakiem potulnie zanurzać musieli brody w śniegu, kiedy strażnik pochylał się nad nimi i ostrzegawczo potrząsał bronią. Krwaworączka dał nowy rozkaz i wszyscy zerwali się z miejsca.
Westchnienia uciekały w powietrze białymi smugami. Sine, stulone dłonie błądziły niespokojnie. Drżały, przyciśnięte do piersi. Przemoczone kosmyki włosów zakrywały twarze, a oni, rozciągnięci w bezładnym szeregu, zastygli w oczekiwaniu na komendę, połączeni wspólnym dygotem. Niegłośny szept przelatywał między nimi, kiedy powtarzali słowa modlitwy. Był wśród nich reb Icchok, Jankiel Zajączek, Awrum, syn Chaskiela-stróża, i Fajwel Szafran, przesiedleniec. Reb Icchok mdlał i leciał im przez ręce ze zwieszoną głową. Awrum chwycił go wpół, a Fajwel ujął ramię rabina i przerzucił sobie przez kark. Reb Icchok uniósł się wyżej i jego bose stopy zawisły bezwładnie nad ziemią.