Nagle jęknął ktoś i jęk ten przerwał ciszę; Rywa ściskała pięściami skronie, kiwała się do przodu i do tyłu. Rozległy się głosy innych i w jednej chwili tłumem dygocących postaci wstrząsnął szloch, jęk, niesamowity śmiech, skowyt. Krzyku przestraszonych Niemców nie było wcale słychać, tylko widać było ich otwarte do krzyku usta; daremnie potrząsali bronią i po dwóch strzałach dopiero zaległa cisza.
Krwaworączka zdjął hełm i otarł pot z czoła.
— Genug davon70!
Patrol szybko odmaszerował.
Tego grudniowego dnia miasto było białe od śniegu, czarne od błota. Brudne światło mżyło z pochmurnego nieba na tłum schwytanych. Suche jak kość twarze niewyraźnie bielały w szarówce, wisiały w mglistym powietrzu. Nabrawszy rozpędu tramwaj z hukiem przeciął skrzyżowanie i usunął ich sprzed oczu, a kiedy przemknął — na środku pustej ulicy stały trzy kobiety.
Rywa, matka Awruma, nieśmiało wyciągała do strażników ręce. Regina Zajączek i Estusia Szafran, przegięte boleśnie, nachylone ku sobie porozumiewały się cicho. Ich oliwkowe czoła zetknęły się, a one ze smutkiem, lękliwie podnosiły ku starcom oczy pełne cienia.
Pod ścianą skupiła się gromadka dzieci o pożółkłych pyszczkach, które przypatrywały się schwytanym. A w kamienicy nad wachą Żyd martwo siedział za szybą w oknie, przekrzywioną głowę złożywszy na dłoni.
Po zmianie warty żandarm bez werwy popędzał schwytanych. Ziewał patrząc na nich. Ostatnie zmory unosiły się na kolana, niemrawo i bez sił. Sunąc ślepo, sztywno przebierając bosymi stopami szli ku sobie, by ująć się za ręce. Wyrostek, któremu kazali stawać na rękach, leżał już bezwładnie, rozrzuciwszy nogi jak pajac. Rozległo się naraz ciche, ostrożne wołanie:
— Panie ziandarm, można już stać? Panie ziandarm?
Żandarmi stali odwróceni, mierząc ulicę martwym, szklistym wzrokiem. Granatowy71 pokazał wyrostka żółtemu72, zaśmiał się hałaśliwie i stuknął palcem w czoło.