— Dość, szczeniakeria — wołał kupiec Mordarski. — Za dużo tego dobrego!
Rozległ się trzask otwieranego okna i z pierwszego piętra na śnieg spadły suche skórki chleba luźno zawinięte w gazetę.
Twarz matki wypłynęła z mroku sieni, przykryta fałdą chusty nasuniętej krzywo na oko. Chwiał się i prostował mały płomyk. Postawiła kubeł, uniosła wyżej świeczkę i osłoniła ostrożnie dłonią.
— Doczekałem się, nareszcie. — Naum siedział w palcie i suwał butami pod stołem.
Ojciec zgarbił się, zakręcił i nie zdejmując kapoty nalał wody do lampy. Biały płomień buchnął z sykiem zwilżonego gwałtownie karbidu. Opatrzył lampę, zatkał blaszany zbiorniczek i w roztargnieniu potarł czoło. Ręce zaciskały się same. Ukrył twarz i kołysał się lekko. Dawid klęknął na parapecie, koc powiesił na hakach, zaciemnił szyby i zszedł. Siedzieli wszyscy w milczeniu za okrytym szczelnie oknem, dysząc ze zmęczenia i przełykając na dźwięk poruszonych na blasze naczyń.
— Tak dłużej już nie może być, Jakow. Albo ty, albo ja.
— Do kogo to mówisz, Naum. Czy ty masz aby wszystkich w domu?
— Mam. Jeszcze mam.
— To pozdrów ich ode mnie z całego serca.
Matka z garnkiem buraczanki podeszła do stołu i popatrzyła uważnie na ojca. Spocony kosmyk włosów leżał płasko na czole. Zawinęła włosy za ucho. — Najpierw przełknij coś ciepłego. Na!