— Byle do wiosny.

— Łatwo powiedzieć, Gedali. Już ledwo się czołgam od piątku do piątku.

— Módl się więcej, módl — i matka plasnęła mokrą ścierką w kąt. — Twoimi modłami napalę pod blachą. Włożę je do garnka, a potem napcham ci pusty brzuch.

— Cii, cicho, kobieto. — Ojciec chrząknął rozgniewany. Nastąpiła cisza przerywana posapywaniem matki i hałasem przesuwanych wściekle naczyń. — Jak tam Szmuel? Co u niego?

— Dobrze się ma. Handluje. — Wuj Gedali pochylił się i kiwnął na krześle.

— Czym? — Ojciec zmarszczył brwi.

— Nie znasz go? Szmuel wieczorem skrzyżuje ogórek z drutem kolczastym i zanim zardzewieje, rano sprzeda za jeża.

— Widzisz, widzisz — mówiła szybko matka. — Każdy coś umie, tylko ty jeden naciągasz podarty tałes na oczy!

Wuj Gedali spojrzał na matkę i znużonym głosem powtórzył:

— Szmuel nie zginie, bądź spokojny. Łapie motyle i wymienia na świnki.