— Dziurawy? Czy ja mówię, że cały? Dziurawy, niech będzie dziurawy. Nawet powinien być trochę dziurawy. Przez te dziury nocą pokazują się czasem gwiazdy.
Matka wilgotną ścierką przetarła krzesło i stanęła obok.
Wuj Gedali ścisnął ramię krawca, który zatrzepotał łokciami, trzymając oburącz garstkę karbidu — i usiadł przy stole, zsunąwszy niedbale czapkę z czoła. Podniósł garnek stojący na cegle, zajrzał do środka. Mlasnął. Odstawił z powrotem na środek.
— Tak.
Potem ojciec:
— Tak, nie inaczej.
A po chwili milczenia wuj Gedali:
— Wszędzie to samo.
— I dalszego ciągu nie ma.
Wuj Gedali wykonał nieokreślony ruch. Wyrwało mu się długie westchnienie.