— Uwierzyć w najgorsze? Każdy chwyta się byle pogłoski, jak tonący słomki. Uwierzyć? Zmorom, chodzącym zmorom. Nagim i bosym zmorom. Gnieżdżą się po ciemnych kątach i stamtąd dochodzą straszne krzyki. W sieniach, na strychach, w piwnicach. Po ciemku. Niemeldowani i bez kartek. Boją się swoich i obcych, wszystkich. Uciekają na widok człowieka. Patrzeć na to nie można. Umierają, zanim ktokolwiek dowie się od nich prawdy.
Na podwórzu rozległo się wołanie Awruma, syna stróża:
— Ej, tam! Pierwsze piętro, Fremde, Lerch, Mordarski! Drugie piętro. Drabik! Czwarte, Papierny! Zaciemnić.
I po chwili:
— A nie za dużo tego światła? Sura, Fajga, całe trzecie zasłonić. Jeszcze, jeszcze! Świeci się jak na Chanukę. I żebym nie musiał powtarzać.
Ojciec wstał i podszedł do okna. Wyjrzał ukradkiem przez uchyloną ostrożnie szczelinę. Wzdłuż framug przeciągnął ręką po zawieszonym kocu i coś tam poprawił. Wrócił.
Krzyk:
— Zaciemnione?
— Taa jest, zaciemnione!
Brama trzasnęła.