— Nie, nie.
Tarł oczy zawstydzony. Już wuj Gedali żegna się z wszystkimi. Wstać, szurnąć nogą i podać rękę. Ale jakiś ciężar gniecie mu kark i czuje zdrętwiały policzek na lepkim stole. Uszy ma gorące, po nogach ciągnie chłodem.
Twarz ojca, zielona w świetle karbidu, pochyla się nad nim, wielka i smutna jak księżyc. Słyszy ich głosy; ale co mówią? Słyszy kroki wuja. W sieni, na podwórzu. A tutaj w uszach szum odpływającego snu, straszny szloch matki.
— A co ja do tego garnka włożę? Głowę pokroję i włożę?
Ojciec chowa list, trzaska wiekiem skrzyni. Naum odsuwa od siebie miskę i rozkłada na stole brudne, przepocone banknoty. Ociężałe, sztywne ręce poruszają się powoli.
— Jakow, słyszałeś krzyk głodnego przez sen?
Milczenie. Karbid dopala się z burzliwym sykiem. Naum przykłada dłonie do oczu i tak siedzi z zakrytą twarzą.
Co? Dawid wytrzeszcza oczy i szuka na ścianie koło drzwi domowego potwora: wielkiej, oszronionej plamy wilgoci, która z dnia na dzień zmienia kształt.
— Ja mam w domu dwa tyfusy. — Naum powoli opuszcza dłonie. — A ty masz z tym wózkiem tylko kłopot.
— Już, już — mówi matka. Z hałasem przesuwa garnek na blasze. — Kupować, sprzedawać, handlować gruszkami na wierzbie.