Baruch Oks wybiegł na środek, machnął w powietrzu czarną skórą i wrzasnął:
— Buchacz, zwijaj interes! Bierz ferajnę i jazda. Idzie żyć. — Z krzykiem, gwizdem, ze śmiechem ściągała banda do swojego kubła za załomem bramy, wściekle wygwizdując OD-mana, który sennie czuwał na placyku.
Pierwszy kapłan ciągnął:
— My, Twój naród cały teraz oto w prochu i w pyle. Rażony głodem, tyfusem dotknięty i przekleństwem. Nad otwartym dołem postawiony. My, Twój naród, jako jeden krzak gorejący. My, Twój naród wydany na całopalenie.
Kupiec Mordarski zatrzymał się godnie, wetknął dwa palce do kieszonki kamizelki i upuścił znalezione tam drobne prosto do jarmułki kapłana; za nim Kalman Drabik uczynił to samo.
— Będzie policzone! Będzie policzone! My, Twój naród...
Tragarz biegł za kupcami, podciągając spodnie. Wołając:
— Mordarski!
— Nie ze mną.
— Żeby on tak zdrów był. Paser, nie kupiec.