Ballada bezludna

Niedostępna ludzkim oczom, że nikt po niej się nie błąka,

W swym bezpieczu1 szmaragdowym rozkwitała w bezmiar łąka,

Strumień skrzył się na zieleni nieustannie zmienną łatą,

A gwoździki2 spoza trawy wykrapiały się wiśniato3.

Świerszcz, od rosy napęczniały, ciemnił pysk nadmiarem śliny,

I dmuchawiec kroplą mlecza błyskał w zadrach swej łęciny4,

A dech łąki wrzał od wrzawy, wrzał i żywcem w słońce dyszał,

I nie było tu nikogo, kto by widział, kto by słyszał.

Gdzież me piersi, Czerwcami gorące?