— A czemuś mi jej nie oddał, zamiast do miasta, jak owcę głupią na kołowaciznę6, gnać? — mówił Kiepas z wyrzutem w głosie i krzywiąc gębę, przedrzeźniał w ten sposób nie samego Gryza, jeno duszę jego, która w oczach Kiepasa tak mniej więcej w tej chwili wyglądała.
— Bo nie chciałem — odpowiadał Gryz krótko i beznadziejnie7.
Wczoraj właśnie Kiepas Gryza na jarmarku spotkał. Gryz głaskał po grzbiecie kupionego przed chwilą kozła. Gryz był zadumany, a kozioł czarny.
— Kozła kupiłeś? — spytał Kiepas, uśmiechając się pogardliwie, bo ilekroć Gryza zaoczył, tylekroć już zawczasu pogardliwym się stawał.
— Kupiłem — odmruknął Gryz.
— Ileś dał? — zagabnął8 go ciekawie Kiepas.
Gryz powiedział, ile dał.
Kiepas, zawczasu śmiech nagromadzając, wybuchnął nagle tak, aby Gryz zgodnie z rachubą śmiechu głupcem się poczuł.
Nie zawiodła go ta rachuba.
Gryz śmiechu posłuchał uważnie i głupcem się poczuł.