Dżananda

Herminii Naglerowej1 z wyrazami

uznania i przyjaźni nieustannej

Szedł Dżananda tym lasem, gdzie bywać snem mogę,

A miał drogę — na oślep. Wiadomo: miał drogę!

Węże w blask się nicości wśniwały plamiście,

Słoń się wzgórzył w zaroślach, ciemniejąc łbem w liście.

Małpy w żarach niechlujnych pławiły wzrok dziki,

Ogonem nieprzytomne gmatwając storczyki.

Lampart futrem przegrzanym polegał na grzbiecie