I ssał łapę, ślepiami gnuśniejąc w zaświecie,

A mrowiska, skąd mrówki jak wylew krwi płyną,

Pachniały młodej myrry chętną wypociną.

Tchu nie stało wieczności! Nie drgnęły upały!

Świat i zaświat tym samym snem nieruchomiały.

Nie bruździły się trawy, nie skrzypiały krzaki,

Nie szumiały mangowce, nie śpiewały ptaki.

Jedna cisza — od nieba, a druga — od lasu, —

Cisza ciszy — nie słyszy... Czas nie czuje czasu...

Dżananda, snem trącony, na polanę zboczył