Przespał resztę nocy i cały dzień następny, i wieczór.
I znów noc — druga z kolei — nastała, a on spał, pochrapując.
Byłby i tę noc przespał bez mała, bo go nadmiar szczęścia uznoił i przymusem sennym, niby jakimś opatrunkiem jedwabistym, na sianie znieruchomił, ale o samej północy dusza mu w ciele, jak w tej komorze ciemnej, niepokoić się zaczęła, a serce do piersi zapukało, niby do drzwi snem właśnie zapartych.
Ocknął się, ale nie chciało mu się powiek, resztą snu oślepłych, na jawę rozewrzeć.
Nie chce się i nie chce.
Trwa tedy z powiekami zamkniętymi, aż tu nagle słyszy już to stąpanie czyjeś, już to nie słyszy nawet, jeno czuje i węszy czyjś pobyt we wnętrzu lepianki — pobyt sam przez się — bez żadnego stąpania, bez odgłosu, bez szmeru.
Nie umiałby nawet powiedzieć, czemu wyczuł czyjąś w pobliżu obecność, ale mógłby przysiąc, że ktoś tu nieopodal czy to stoi, czy też trwa, albo raczej tkwi tak jak drogowskaz na rozstaju.
Postronił nieco jednej powieki, żeby oku dać szparę dla wyjrzenia, i natychmiast owa szpara zapełniła się przygodną cząstką oglądanego przedmiotu.
Rozszerzył Tajemnik szparę, aby całość obejrzeć. Obejrzał całość i dech zataił.
Przed nim na środku lepianki stał upiór barczysty, wąsaty i bosy.