Tajemnik stopy jego bose zauważył od razu.
Domyślił się, że stoi przed nim właściciel butów czerwonych.
I znowu doznał strachu na myśl, że zbliża się straszliwa chwila rozłąki z butami.
Ale tym razem strach nogi mu zdrętwił, a gardziel zdławił, niby powrósłem16 piekielnym.
W lepiance cisza, jakby nikogo nie było, choć dwóch w niej przebywa, bo każdy z tych dwóch swoją usilną zachowuje ciszę.
I łączą się obydwa w tej ciszy, i dwoją, każdy po swojemu zaczajony i po swojemu nieruchomy.
„Choćby mi przyszło skamienieć, nie poruszę się pierwszy! — pomyślał Tajemnik. — Niech on się pierwszy poruszy, jeśli mu śpieszno do ruchu w ciemności”.
W tej chwili właśnie upiór się poruszył.
Jego powłoka przejrzysta, ruchem z lekka wstrząśnięta, wydała ze siebie zapach mogilny, który pośpiesznie napełnił wnętrze lepianki i dosięgnął, jakby umyślnie skierowaną falą, nozdrzy Tajemnika.
Musiał teraz wdychać to zarażone powietrze, które za każdym westchnieniem coraz bardziej obezwładniało go i przepajało swym jadem.