— Mój jesteś, bom cię kupił! — zaprzeczył Piórkowski.
— Kupiłeś mię za mego własnego talara i za mego własnego dukata, które mi księżyc ku ozdobie i ku pociesze na bosych stopach złożył.
— Podarowałeś mi te klejnoty przygodne, a teraz poniewczasie chcesz darowiznę cofnąć? Mój jesteś i basta! Przygotuj się, bo zaraz z tego krańca świata zepchnę cię do pobliskich czeluści piekielnych!
— Nie zepchniesz! — odpowiedział znowu Tajemnik. — Obiecałeś mi przecież ojcować, a chcesz się po macoszemu ze mną obejść?
— Zapomniałeś chyba, żem się onego ojcowania co prędzej wyrzekł — odparł diabeł głosem zniecierpliwionym.
— Wyrzekłeś się, to prawda — szepnął Tajemnik — lecz nie wyrzekł go się Ten, który mi zawsze po wieczne czasy będzie ojcował.
— Nie będzie! — zaprzeczył diabeł z wielkim ożywieniem i z widocznym niepokojem.
— Będzie! — upierał się Tajemnik i dłoń wzniósł ku czołu, aby znak krzyża uczynić.
Ale dłoń, którą niegdyś samochcąc zatrzymał w powietrzu, skamieniała teraz bez ruchu naprzeciw czoła tak, że nie mógł zapoczątkowanego znaku krzyża dłonią ową dokończyć.
Wówczas jej było z drogi, teraz — po drodze, jeno sama droga postroniła się, widać unikając grzesznej dłoni.