— Póki słucham jeszcze! — powtórzyła, przechylając się w kibici nad wiedźmą i pobrzękując zwisłymi u szyi koralami. Lecz jednocześnie z tym koralowym pobrzękiem zadzwoniła drobnymi zębami, niby na alarm niewiadomy a misterny, i wzrok na koralach własnych zatrzymała, jakby się stały dla niej obecnie jakąś strojną a jedyną ucieczką.
Wiedźma za te korale dłonią się uczepiła, aby sobie podpory jakiejkolwiek użyczyć, i zaczęła szeptać żarliwie i pośpiesznie słowa, nikomu prócz wójtowej niedostępne.
Wójtowa zadrżała, niby struna, po której smykiem potwornym prowadzono bezkarnie.
Wiedźma wrogo jej czyniła swe zwierzenia, i wrogo jej słuchała wójtowa, dreszczem co chwila wstrząsana, a dreszcz ten wiedźmie udzielał się odruchowo, jak podryg ukąszonego — przypiętemu doń wężowi.
Dwa nienawistne sobie ciała zetknęły się na niepochwytnym pograniczu, a dwa nienawistne sobie oddechy zmieszały się nawzajem.
Wójt zaniepokoił się na swym miejscu, wyczekując niecierpliwie końca.
Czego się tylko dla zwierzchności nie robi! — pomyślał, rozrzewniając się i rozgrzeszając tą myślą duszę skotłowaną. — A ona nie tylko nic nie wie o naszych ofiarach, lecz na domiar sam człek stara się o to, aby się czasami nie dowiedziała!
Upragniony przez wójta koniec nastał wreszcie, niby godzina, nie wiadomo — która...
Wiedźma wyszeptawszy się do woli, zamilkła i odpadła od wójtowej, jak pijawka, krwi zepsutej syta.
Wójtowa odskoczyła i tyłem, wzroku jeszcze od wiedźmy nie odrywając, przysunęła się do męża, jak do spodziewanego oparcia.