Uchem ku wiedźmie podana, zdawała się wciąż nasłuchiwać jej szeptu, niby turkotu kół dalekich, a potem — nagle w oczy wójtowi lękliwie i ciekawie zajrzała.
— To i już? — spytał wójt, skracając widocznie jakieś dłuższe, a obaw pełne pytanie.
— Już — odrzekła wójtowa niemal pieszczotliwie i dłonią z lekka ręki jego dotknęła, jakby pragnąc tę rękę kosmatą oswoić lub sprawdzić na niej tożsamość swego dotyku.
— Już! — ozwała się wiedźma. — Już ona teraz dziedzictwo moje w sobie nosi, jak ta ryba, co pierścień złoty połknęła. I jeno dusza młoda w nóżkach się jej białych niecierpliwi, ostatniego tchnienia mego wyczekując.
— Czas mam, więc czekać potrafię! — wycedziła wójtowa przez zęby, tak szczelnie zaciśnięte, jakby je na klucz rdzawy zamknąć chciała. — Czekam tak samo, jak i ty — nie inaczej. Obydwie czekamy.
— Obydwie — potwierdziła wiedźma.
Wójtowi w tej chwili właśnie zaroiło się we łbie mętne, a szalejące jeszcze, wspomnienie tańca z ciałem, które oto do konania się nagliło...
I w chwili, kiedy wójt natrętne wspomnienie taneczne bezwiednym ruchem rąk, jak zmorę, odtrącił, wyciągnęły się ku niemu łapczywie dłonie wiedźmy i szperając w powietrzu, spotkały się i splotły z jego dłońmi, zanim cofnąć je zdążył.
— Wstać mi dopomóż! — szepnęła. — Ostatnia to posługa twoja, tancerzu zapóźniony!
Wójt pociągnął za ręce, jak za badyle chwastu spróchniałego.