— A bierz tak, jak zawsze — odpowiedział wójt i po raz setny łopatę podał.
Wójtowa ujęła łopatę w dłoń lewą, bo w prawej bicze korali, z szyi spadłych, trzymała.
— Cóż ja mam z tym teraz robić? — spytała wójtowa, bocząc się na łopatę tak, jakby po raz pierwszy w życiu sprzęt tak dziwny i niepojęty ujrzała.
— A cóż masz robić? Okracz i już! — rzekł wójt krótko i zwięźle.
— Jakżeż ja to okraczę — rzekła wójtowa i głowę w ramionach od niedoszłego śmiechu dla przyzwoitości schowała, a jednocześnie, zanim wójt stwierdzić zdążył, okraczyła mu tuż popod nosem łopatę.
— Jakżeż mam to do biegu teraz znaglić? — spytała bezradnie, rady zbawiennej od wójta wyczekując.
— Zawołaj: „wio!” — poradził wójt. — Każda kobyła wołanie takie zrozumie.
— Wio! — zawołała wójtowa i z przestrachem spojrzała na pułap.
Łopata nie poruszyła się z miejsca.
Wójtowa zawstydziła się, a i wójt doznał zawodu na widok czynu nieudanego.