— Nie tak to łatwo, jak się zdaje — zauważył, w głowę się skrobiąc. — Widać chcesz, a łopata nie chce.
Wójtowa pogłaskała dłonią łopatę, jak konia, który stanął przed gankiem.
— Niech no ja tylko przypomnę sobie, jak to ona wówczas po niebie, niby zaraza rozkiełznana144, grasowała! — rzekła cicho i zmrużyła oczy.
Wójt też oczy zmrużył, lecz przez zmrużone widział dokładnie, jak nozdrza wójtowej wzdęły się i rozzuchwaliły, a wargi zwilgotniały nagle i rozwarły się luźne a chciwe...
— O, tak, tak! — szeptał zachęcająco.
— Tak, tak! — powtarzała wójtowa, kurczowo ściskając łopatę, jakby dusiła szyję mdlejącego łabędzia...
— Teraz powiedz: „wio” — poradził znowu wójt i otworzył oczy.
— Wio! — szepnęła wójtowa i biczami korali łopatę z brzękiem uderzyła.
Łopata i tym razem nie poruszyła się z miejsca.
Wójt posmutniał.