— Pewno ci się wiedza nabyta zmąciła jakoś we łbie, albo i po twojemu przeinaczyła — rzekł i głową własną, na myśli mając głowę żoniną, pokiwał.
— A może nawet nie wysłuchałaś jej należycie i zastosować teraz nie potrafisz. Mów, co ci wiedźma gadała!
— Trudno mi to opowiedzieć, bo słuchając, aż zawrotu głowy dostałam — tłumaczyła się wójtowa, oddając mężowi łopatę. — Straszno mi się zrobiło i sama już nie wiem, co mi wiedźma do ucha szeptała...
Wójt pomyślał, spojrzał na żonę i jeszcze raz pomyślał.
— Może to i lepiej — rzekł wreszcie z westchnieniem. — Kto wie, jakich głupstw — nie daj Boże — napłodziłabyś jeszcze, wiedzę taką naprawdę posiadając i tą wiedzą ludzi, po drodze spotkanych, trapiąc rozmaicie. Ani mnie, ani tobie wiedza taka nie przystała.
I nagle na twarzy wójta zjawił się dawny, a zaniedbany od pewnego czasu wyraz służbistego zastanowienia i statku. Zdawało się, iż sam siebie w tej chwili do wzięcia w posiadanie osoby swej własnej ośmiela i upoważnia. Uczuł, że po długim wykolejeniu wraca do zachwianego na ziemi stanowiska.
Wójt znowu stał się wójtem.
— Może to i lepiej — powtórzył głośniej, donioślejszą treść nadając tym samym wyrazom. — Co było, to minęło, i wara mu nas niepokoić!
Wójtowa, patrząc na odrodzonego męża, odzyskała nagle zaniedbane w ostatnich czasach, a zapożyczone ongi od dwóch z dala widzianych panien ze dworu, ruchy, powabu pełne i przewłoki.
— Już i spać pora — rzekła, z dawną wprawą tych ruchów zażywając.