Zgadł, że upiór wówczas tylko pochwycić go zdoła, gdy buty czerwone zobaczy.
W przeciwnym razie żadnego prawa doń nie poczuje, noc w lepiance przestoi, a nad rankiem, skoro trzeci kur zapieje, pierzchnie tak samo bosy, jak bosy się zjawił.
Buty były słomą starannie opatulone.
Chciał Tajemnik z pościeli siana garść zaczerpnąć, aby je na wszelki przypadek jeszcze doosłonić, lecz — mimo wysiłku — nie mógł ręką poruszyć.
Ręce miał bezwładne.
Zaduch trupi coraz bardziej zatruwał i przesycał jego ciało, na słomie poległe.
Spojrzał znów na upiora.
Upiór stał po dawnemu i wyciągał dłonie, i szeptał:
— Oddaj buty, oddaj buty!
Nie oddam, bom nie po to je nabył, aby oddawać! — pomyślał Tajemnik. — Możesz tu stać po prośbie aż do trzech kurów i trupim swoim zapachem pod sam nos mi kurzyć bez wytchnienia! Wiem, że mię nie tkniesz dopóty, dopóki się naocznie nie przekonasz o obecności na moich nogach skradzionego obuwia. A i to wiem, bratku z tamtego świata, że chętnie byś połowę swej wieczności oddał za to, żeby choć jeden, na ten przykład lewy, but wysunął mi się spod słomy i oczom twoim zalecił się w całym swym przepychu purpurowym.