Bo już — czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!

Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania

O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,

Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania

Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!...

W gęstwinie — cieniścieje bezludzie i lśni tam

Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu, —

A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu

I nie pytam już o nic... Już o nic nie pytam...