Ty pierwej322 mgły dosięgasz, ja za tobą w ślady

Zdążam, by się w tym samym zaprzepaścić lesie,

I tropiąc twoją bladość, sam się staję blady,

I zdybawszy323 twój bezkres, sam ginę w bezkresie.

A potem wzieram324 w oczy, by zgadnąć, czy dość ci

Omdlenia, co się nogom udziela, jak szczęście,

I twe dłonie, jak w pąki, mnę w zdrobniałe pięście325,

By się w nich docałować twych chrząstek i kości.

A one wypukleją na dłoni przegibie326,

Niby pestki owoców, zróżowionych znojem,