I na tłum zgromadzony patrzyli bez oczu,

Jak ślepiec, kiedy zmierzchu wypatruje twarzą.

Jeden z nich, licząc jakieś ubiegłe godziny,

O widzenie się z ojcem poprosił nieśmiało,

A drugi wnet zawołał: „Ja nie mam rodziny!”,

A miał ją, lecz mieć nie chciał... Tak mu się zdawało.

Śnili teraz, że chata, niegdyś ludna, traci

Ich ciała, bezpowrotnie wyszłe z jej alkierza552.

Czuli próżnię na miarę wzrostu swych postaci,

Jak klatka, z której nagle wypłoszono zwierza.