Postanowił tedy, że już odtąd wszelkich schadzek z Majką poniecha.
I poniechał.
Minęła jedna niedziela i druga, i trzecia, a Dziura do lasu nosa nawet nie wściubił.
Mijały te niedziele tak, jakby mijając, gromadziły się nad brzegiem jeziora i wziąwszy się za ręce, patrzyły kędyś w oczekiwaniu i rachowały się nawzajem, że jest ich tyle a tyle.
Dziura bowiem był pewien, że Majka żadnej niedzieli nie opuszcza i wyczekuje go wiernie w umówionym miejscu.
Uczułby nawet urazę i smutek poniektóry, gdyby zawiodła tę wiarę i pewność.
— Niech czeka! — mówił do siebie, uśmiechając się pod wąsem. — Ani się obejrzy, jak wieczność jej na tym czekaniu zejdzie.
Dawny spokój i ład powrócił mu do duszy, gdy nagle pewnej nocy niedzielnej, do snu się właśnie układając, posłyszał w kącie szelest.
Nie chciało mu się głowy od lgnącego do niej snu odrywać.
„Niech no jeszcze raz zaszeleści, a obejrzę się i rozpoznam” — pomyślał. Zaszeleściło powtórnie.