„Niech no trzeci raz zaszeleści, a już pewnikiem się zniecierpliwię i zajrzę” — pomyślał znowu.
Zaszeleściło po raz trzeci.
Spojrzał Dziura w stronę szelestu, a tam na podłodze coś się złoci i porusza.
Nic, jeno porusza się i złoci.
Księżyc właśnie do izby przez szybę wkroczył i skośne odbicie okna wydłużył na podłodze tak, jakby chciał przez to odbicie okienne zobaczyć, co się tam pod podłogą dzieje.
„Na tym odbiciu coś się w tej chwili złociło i poruszyło. Snop żytni czy diabeł z dukatem w gębie?” — pomyślał Dziura i wzroku natężył.
Natężył wzroku i poznał.
Ni mniej, ni więcej, jeno warkocz Majki złocił się w kącie na podłodze i z widocznym wysiłkiem pełznął ku niemu jak żywy.
Zdrętwiał Dziura i wybełkotał jakieś słowo, którego sam zresztą w popłochu nie dosłyszał, a które zapewne określać miało stan jego obecny.
Warkocz, tym bełkotem widać ośmielony, pełznął coraz pośpieszniej. Przeżegnał się Dziura w pół drogi, ale znak krzyża w poprzek mu nie stanął i zamiarów jego nie pohamował.