Warkocz aż do stóp mu się przyczołgał i tam nieruchomiejąc, zwinął się w kłębek jak wąż snem zimowym zdjęty.
Porwał się Dziura na równe nogi i wybiegł z chaty na świat, rzemień od portek w biegu poprawiając, a warkocz za nim w te pędy, jakby się bał go z oczu, których nie miał, stracić.
Ubiegł Dziura kilka kroków od chaty, lecz widzi, że warkocz go ściga nieodstępnie, pusząc się i złocąc od pośpiechu.
Dziura — na lewo, warkocz — na lewo.
Dziura — na prawo, warkocz — na prawo.
Ani się odczepić od niego, ani mu umknąć, ani go się dobrym słowem pozbyć. Chwycił Dziura kamień i cisnął.
Kamień w warkocz ugodził.
Zalśnił się warkocz złociściej od tego pocisku i znów do Dziury pełznie.
Kopnął go Dziura nogą, a on u stóp mu się układa i łasi się, i waruje, jak ten pies wierny, którego ani kopnięciem, ani kamieniem odegnać nie można.
Zawstydził się Dziura swego uczynku i od wstydu złagodniał.