„Łeb mi się pewno snem zbytnio zaprószył, żem się warkocza dziewczęcego uląkł! — pomyślał, krzepiąc się na duchu. — Nie bałem go się, gdy głowę Majki zdobił, a zatrwożyłem się teraz, gdy samopas po ziemi, jak robak bezdomny, pełznie. Niech sobie pełznie, jeśli mu przytułku na świecie zabrakło”.
I znów wszedł do chaty.
Warkocz za nim.
Dziura tę noc spędził bezsennie, wpatrzony w warkocz, który, złocąc się usilnie, noc całą u stóp jego przeleżał.
Nad ranem dopiero wypełznął z chaty za próg i znikł żywcem, jak żywcem się zjawił.
Do następnej niedzieli nie było jakoś ani szelestu w chacie, ani warkocza.
Miał już Dziura nadzieję, że się ta zjawa nie powtórzy. Mylił się jednak. Skoro niedziela nastała i noc zapadła, warkocz znowu chatę jego nawiedził, aby swe brzemię złote u stóp Dziury pod jednym z nim dachem przenocować.
„Trza będzie do znachora38 po radę się udać” — zawyrokował Dziura.
I poszedł do znachora.
Był wieczór.