Miała na sobie tę samą kacabejkę watowaną i ten sam letniczek fiołkowy. Na jednej dłoni lśnił się pierścionek z granatem, a w drugiej trzymała trzewiki skórkowe i pończochy białe, jako pamiątkę kosztowną, choć bezużyteczną. Na szyi jej połyskiwały dętki swym szkliwem nieważkim, które nabyło od księżyca barw odmiennych, pokrewnych rzeczywistym, a jednocześnie niezgodnych z nimi i niebywałych.
Dziura obrzucił ją wzrokiem i w miejscu należytym ujrzał ogon rybi, na murawie leśnej poległy zwiniętą w muszlę kończyną.
Na widok ogona opamiętał się i odzyskał dawny rozsądek.
„Lepsza moja baba, bo jej nóg nie brak i ogonem mi oczu nie kala” — pomyślał z zadowoleniem.
Majka dłoń z pierścionkiem nieśmiało wyciągnęła ku niemu na odległość, którą Dziura wzrokiem zmierzył natychmiast.
— Czekałam — szepnęła.
Dziura nic nie odpowiedział, jeno spojrzał na jej warkocz złocisty, aby zbadać, czy jest i czy na miejscu się znajduje właściwym.
Warkocz złocił się i puszystymi zwojami opadał, jak zazwyczaj, z ramion ku stopom.
Widok warkocza poruszył w Dziurze niechęć zatwardziałą.
Nie mógł nań patrzeć inaczej, jak właśnie na dusiołka, który go dręczył po nocach.