— Czemuś nie przychodził? — ozwała się znowu Majka.
— Niesporo54 mi było — odrzekł Dziura i znowu pomyślał: „Wolę ja warkocz mojej baby, bo choć od ogona świńskiego nie większy, aleć za to po nocach nie straszy i samopas po kątach się nie włóczy”.
— Płakałam — rzekła tymczasem Majka, rozszerzając oczy, jakby chciała mu w całej pełni pokazać źródła tego płaczu. — Nie miałam kogo posłać do ciebie z wiadomością o łzach nieustannych, więc posłałam warkocz własny, aleś go odepchnął.
— Na głowie nieźle on wygląda — zauważył Dziura w odpowiedzi — ale gdy w chacie na podłodze się zazłoci, trudno się doń nawet bezżennemu człekowi przyzwyczaić.
Majka westchnęła.
— Chcesz na jezioro moimi oczyma popatrzeć? — spytała nagle z natężoną bacznością.
— Któż by tam mając własne ślepie, cudzymi chciał zerkać bez potrzeby? — odparł Dziura wymijająco.
Majka opuściła bezsilnie dłoń, dotąd wciąż jeszcze wyciągniętą.
— Masz piołun w zanadrzu? — szepnęła cicho, że Dziura ledwo dosłyszał.
— Mam — odpowiedział, dotykając piersi gospodarnym ruchem robotnej dłoni.