Marcin Swoboda

Z górskich szczytów lawina, Bogu czyniąc szkodę,

Strąciła w przepaść nizin Marcina Swobodę.

Spadał, czując, jak w ciele kość szaleje krucha,

I uderzył się o ziem ostatnią mgłą ducha.

Poniszczony śmiertelnie, chciał się z bólem wadzić,

Wokół bólu jął miazgę człowieczą gromadzić.

Dłoń złamana w niej tkwiła jak nóż w ciepłym chlebie!

To się ciułał, to trwonił... I tak pełzł przed siebie.

I z trudem bezkształtnego ciała rozwłóczyny