Doczołgały się wreszcie aż do stóp dziewczyny.

Wargami, zszarpanymi o skały i krzaki,

Szeptały własne imię pewno dla poznaki.

Bocząc się na pełzacza, w ogrodzie bielała.

— «Nie strasz kwiatów ranami! Precz, kałużo ciała.

Odkrwaw mi się od stopy! Szukaj leków w niebie!

Próżno szepcesz swe imię! Nie poznaję ciebie!» —

A Bóg z nieba zawołał: «Wstyd dziewczyno młoda!

Nie poznałaś? — Jam poznał! To — Marcin Swoboda!»

I pobladła dziewczyna i odrzekła: «Boże!