Słoń się wzgórzył w zaroślach, ciemniejąc łbem w liście.

Małpy w żarach niechlujnych pławiły wzrok dziki,

Ogonem nieprzytomne gmatwając storczyki.

Lampart futrem przegrzanym polegał na grzbiecie

I ssał łapę, ślepiami gnuśniejąc w zaświecie,

A mrowiska, skąd mrówki jak wylew krwi płyną,

Pachniały młodej myrry chętną wypociną.

Tchu nie stało wieczności! Nie drgnęły upały!

Świat i zaświat tym samym snem nieruchomiały.

Nie bruździły się trawy, nie skrzypiały krzaki,