Odjazd

Gdym odjeżdżał 1na zawsze znajomym gościńcem2,

Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,

Podkute szafirowym dookoła sińcem.

Był klomb i rój motyli, i błękit przezroczy3,

I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy4.

A gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy

I czemu — przypomniałem5 te oczy, przyziemnie

Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie

Tym wszystkim, czym się można wpatrzeć w świat i dalej.