I spojrzeniem przymuszał przeciwiące się drzewa,

By do zwykłych podobniały jako tako...

Drapieżniały zbyt cudacznie zdradnych kwiatów niebywałki,

A gałęziom ciążył złej wieczności nawał.

Pod stopami przechodniów piach niepewny i miałki

Tyleż istniał, ile istnieć zaprzestawał.

Szli, aż doszli tam, gdzie w mrzonce zagęstwionej i niczyjej

Cień dziewczyny jaśniał oczu w dal rozbłystką,

A jej usta i piersi, i ramiona, i sny jej

Były takie, żeby właśnie kochać wszystko...