Dziwożona z radosnym i dzikim krzykiem uchodziła w głąb lasu — wolna, wyśmiewna, niedościgła...
Zanim kulawiec zdążył powstać z upadku, znikła w rozbłyskanej słońcem zieleni.
Dwaj przyjaciele, milcząc, spojrzeli wzajem po sobie.
Obydwaj zrozumieli, że bójka, którą toczyli przed chwilą, stała się już zbyteczna.
Popołudniowe cienie z wolna gromadziły się pomiędzy drzewami. Szum chodził wierzchem lasu, nie przenikając do głębi.
— Ładny był dziewczak — rzekł wreszcie kulawiec i spojrzał na przyjaciela.
Jednoręki wyciągnął z torby kubek blaszany, obejrzał go starannie i schował z powrotem.
— Nie popsuła? — spytał kulawiec.
— Nie popsuła — odparł jednoręki.
— A chleba nie wyżarła? — spytał znowu kulawiec.