I uderzył się o ziem ostatnią mgłą ducha.

Poniszczony śmiertelnie, chciał się z bólem wadzić,

Wokół bólu jął miazgę człowieczą gromadzić.

Dłoń złamana w niej tkwiła jak nóż w ciepłym chlebie!

To się ciułał, to trwonił... I tak pełzł przed siebie.

I z trudem bezkształtnego ciała rozwłóczyny

Doczołgały się wreszcie aż do stóp dziewczyny.

Wargami, zszarpanymi o skały i krzaki,

Szeptały własne imię pewno dla poznaki.

Bocząc się na pełzacza, w ogrodzie bielała.